Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Niebieskie migdały.djvu/125

Ta strona została skorygowana.

aby poufale rozmówić się mogli. Wszystko to dobre jéj, niewieście dyktowało serce...
Zdziś z równą czułością biegał żegnać starych przyjaciół, sługi, towarzyszów myśliwskich wycieczek, zgromadzonych ekonomów, leśniczych i cały mnogi dwór samoborski, szczerze do niego przywiązany. Chwila to była dziwnie uroczysta, choć rozstanie długiém być nie mogło; ale panicz wyruszał w świat po raz pierwszy i bez niego czegoś tu miało zabraknąć...
Do miasteczka były dobre dwie mile... Już wieżyczka parafialnego kościoła zarysowała się na widnokrągu, gdy na gościńcu naprzeciw ukazał się powóz, który zdala poznano po kulawych koniach jako prezesowski...
Rozczuliło to niewymownie hrabinę, że poczciwy opiekun tak niespodzianie, mimo swych nóg nabrzękłych, spieszył jeszcze, aby Zdzisia uścisnąć...
Gdy powozy zbliżyły się do siebie — głowa prezesa ukazała się z landary, ale tak blada, z rysami zmienionemi, dziwnie wywrócona, wylękła, nieprzytomna, iż hrabina z razu ledwie poznać go mogła.
Mohyła patrzał osowiałemi oczyma, nie zdając sobie sprawy ze spotkania, nie ruszając się z powozu, niepewien co począć miał z sobą, — patrzał z ustami otwartemi, jakby osłupiały.
— Co mu jest? zawołała hrabina — na Boga! co mu jest?
Zdziś wyskoczył podchodząc do drzwiczek...