Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Niebieskie migdały.djvu/139

Ta strona została skorygowana.

chrztu trzymała, łagodnego charakteru i dobrego serca. Cały pomieszany zbliżył się do prezesa, ujmując go za rękę.
— A! panie prezesie — zawołał — cóż się to stało? jak mogliście dopuścić?
— My! dopuścić! odparł Mohyła — aleśmy się pilnowali z procesem do ostatka, umyślnieśmy plenipotenta trzymali do niego — ten nas sprzedał i zdradził! W chwili gdy sprawa była w najwyższéj instancyi, nie znajdował się na miejscu... Piszą mi, że gu kupiono za summę znaczną.
— I nie masz żadnego ratunku? zapytał urzędnik — a hrabina?
— Nie mów, nie wspominaj mi o tém! rzekł prezes — ja to życiem przypłacę, ja byłem ich opiekunem! Na mnie spadnie wina cała... na mnie srom, na mnie gniew...
To mówiąc trząsł się stary i płakał.
— Jeśli ludźmi jesteście i serca macie, dodał — starajcie się zwlec zjazd na grunt tego zwierzęcia... Ja natychmiast jadę przygotować tę nieszczęśliwą, ratować co można... zrobić co w ludzkiéj mocy, resztę uczyni Bóg jak wola Jego.
— Jeszcze nas nie ma kompletu — szepnął urzędnik — bądź prezes spokojny, uczyni się co można, ażeby zwłokę osiągnąć... dziś, jutro, nie ruszemy się ztąd.
— Niech wam Bóg na dzieciach płaci — ści-