Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Niebieskie migdały.djvu/14

Ta strona została skorygowana.

i ostrym, jak szelest liści jesiennych — dary, które hrabia Zdzisław wziął od natury, jego szczęśliwe usposobienie, niesłychane talenta, dobroć i łagodność, które w spadku po pani otrzymał, wreszcie macierzyński dozór... oko... ten pieczołowity oddech, którego nic zastąpić nie może... uczyniły wszystko... Ja, to jest my wszyscy, tylkośmy mu drogi wskazywali, które on z łatwością przebiegał. Świetną ma przyszłość przed sobą teraz.
— A! bo téż to dobre, miłe, kochane dziecię... zawołała hrabina z uczuciem... Bóg mi dał tę perłę w nagrodę za wiele przeniesionych cierpień!
To mówiąc, westchnęła hrabina.
— Chlubię się nim — dodała — pyszna jestem moim Zdzisiem! radabym go całemu światu pokazać... Będzie on moją i waszą chlubą, wyście mu téż byli duchownym ojcem, aniołem stróżem...
— A pani — przerwał korząc się mężczyzna — ja sobie nic a nic nie przyznaję, pani aż nadto jesteś łaskawa...
— Ten dzień jutrzejszy, dzień razem jego urodzin i jego wyzwolenia, napełnia mnie radością ale i obawą niezmierną, — mówiła hrabina. Wyjście na świat... a! kochany profesorze... po tym spokoju i ciszy, jakie go otaczały, na ten świat, którego ja się tyle lękam, wszystkie niebezpieczeństwa, na jakie ma być narażony... ludzie, o których się ocierać będzie musiał... tysiące wypadków, które