Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Niebieskie migdały.djvu/189

Ta strona została skorygowana.

Żabicki. Widziałem się z nim rano, mówiłem mu o wszystkiém, biedny człowiek zgryzł się tak mocno, że potrzebował pójść — odetchnąć. Kto wie czy w czas powróci... Zostawimy słów kilka do niego.
Zdzisław na wszystko się zgadzał, chcąc wyjeżdżać co prędzéj. Żabicki, który ułatwiał rachunki, hotelowe, nie zapomniał téż o zapłaceniu za Wilelmskiego, do którego kartkę zostawiał.
Posłano już po konie... Zdzisław chodził osłabły po pokoju; gdy służący przynoszący rachunek, wszedł z książką, w któréj się zwykli zapisywać podróżni. Zdziś machinalnie rzucił na nią okiem i krzyknął wskazując kartę:
— Kiedy ci państwo przybyli?
— Wczoraj nad wieczór — rzekł kelner.
Żabicki zajrzał, na regestrze stało:
„Baron Mangold z córką i kuzynką z Jezioran.“
— Na Boga! zawołał Zdzisław — ja się z baronem koniecznie widzieć muszę, to przyjaciel nasz, mojej matki. Jestem pewien, że znajdę u niego współczucie, radę, opiekę...
Żabicki lepiéj znający świat wielce o tém wątpił, nie chciał wszakże może od razu złudzeń odbierać Zdzisławowi — odezwał się tylko:
— Zdaje mi się — że — baron nic nam dopomódz nie może...
— Owszem! owszem — przerwał Zdzisław: nie