Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Niebieskie migdały.djvu/196

Ta strona została skorygowana.

rania uczynić o wyszukanie Wilelmskiego, i posłał służącego na chybił trafił, aby go w sąsiedztwie hotelu próbował wynaleźć. W istocie znalazł go w najbliższéj kawiarni nad filiżanką, zamyślonego mocno o przyszłym losie. Wilelmski wymówić się nie mógł od powrotu do hotelu. Przybrał właściwą fizyonomię człowieka, który pod ciężarem wielkiego wrażenia upada. Zwlókł się noga za nogą.
Zobaczywszy go Zdziś, padł mu w objęcia.
— Profesorze! zawołał — muszę powracać... jedziemy... wszak i ty ze mną?
— A! ja... ja... kochany hrabio, z duszy i serca... ale czuje się tak niedobrze... tak mnie ta wiadomość podcięła, że nie wiem czy dojechałbym.
Rzucił się na krzesło.
— Stary jestem: co młodzi mogą łatwo przenieść, dla mnie zabójcze! A! nie uwierzysz, kochany hrabio, nóg nie czuję pod sobą... przechoruję... Gdybym chciał jechać, nie zdołam... Kłopotbyście ze mną mieli gdzie na drodze.. mógłbym obledz w karczmie. Czuję, że zostać muszę... nadjadę późniéj... gdy ochłonę...
Komedya była niezręcznie odegrana, ale hrabia nadto był skłonny do złudzenia, by się poznał na jéj fałszu. Uściskał raz jeszcze profesora, i znalazł naturalném, ażeby wypoczął...
Wilelmski wzdychając odprowadził ich do powozu... a sam wrócił natychmiast, aby przedsię-