Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Niebieskie migdały.djvu/219

Ta strona została skorygowana.

czali to miejsce i żegnali na zawsze. Panna Róża idąca z drugiéj strony lektyki zanosiła się od płaczu; — prezes chustkę trzymał przy twarzy. Zdziś, w którym gniew wrzał, jeden nie mógł ani łzy wylać, ani się żegnać z kolebką lat swych dziecięcych — był na straży przy choréj i gotów na jéj obronę.
Hrabina osłabiona bardzo, wsparta na poduszkach, dawała z sobą czynić co doktor chciał, co panna Róża dysponowała, o co Zdziś poprosił... Nie czuła tego, że rzuca to minjsce, w którém królowała — na zawsze.


∗             ∗

Późnym wieczorem zbliżył się orszak towarzyszący hrabinie do miasteczka. Mieszkańcy, którzy zasłyszeli o jéj przybyciu, wybiegli wszyscy z ciekawością i współczuciem przypatrzyć się temu obrazowi dziwnych kolei losu. Znano hrabinę z jéj mnogich dobrych uczynków i wdzięcznéj pańskiéj powierzchowności — nie miała nieprzyjaciół — upadek tego domu obudzał podziwienie i litość. Ludzie pojąć nie mogli, jak rodzina, która się zdawała im najmajętniejszą w okolicy, nagle postradała wszystko i wygnana została ze staréj siedziby... W zajezdnym domu u Borucha, gdzie się zwykli byli gromadzić mieszczanie na pogadanki i obrady, oczekując na zapowiedziany pochód — cisnęli się hono-