Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Niebieskie migdały.djvu/236

Ta strona została skorygowana.

— Środkiem, rynkiem, noga za nogą.
Pokłoniwszy się zlekka staruszkowi — odjechał...
Jakieby to skutki było pociągnęło za sobą wyrachować trudno, gdyby nie szczególna okoliczność, która może p. Sebastyana i mieszczan od przykrego zajścia uratowała.
Wyjechawszy z plebanii, wóz gdy się ukazał w rynku, postrzeżono go ze wszech stron, a ludzi gromady stały większe niż przedtém... Zakipiało w nich i zaszumiało... garbus z czapką na bakier nieruchomy siedział na wozie i wołał.
— Stępią! noga za nogą!
Tymczasem tłum ruszać się poczynał, jakby drogę miał zastąpić, nawoływano się ze śmiechem. Starszyzna snadź sama nic poczynać nie chciała — ale dzieci pobudzono, które chwytając kamienie i garści ziemi, z wielką ochotą zabierały się na wóz nacierać — kupki ich to podbiegały naprzód, to się z krzykiem w tył cofały... Śmiech rozlegał się w tłumach. Garbus kazał ciągle jechać powoli.
Wtém z ulicy wychodzącéj na rynek z wolna wysunęła się czterema końmi zaprzężona buda ogromna, płótném okryta, nakszałt tych, któremi furmani żydowscy towary i podróżnych przewożą... Na widok jéj garbaty stanąć kazał; wysiadł i wiozącemu w chłopskiéj odzieży budę dał znak, ażeby