Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Niebieskie migdały.djvu/330

Ta strona została skorygowana.

udało, iż go znalazł wolnym, i choć drogo, mógł pochwycić dla matki.
Zdziś, który z opowiadań Alfonsa i z portretu znał matkę przyjaciela, ciekaw był ją poznać, ale nie małą téż wagę przywiązywał do wystąpienia przed nią. Spodziewał się w niéj znaleźć osobę wyższego przed świata i ukształcenia, i chciał okazać, że do tego należał koła. Odstąpił więc na ten dzień od systemu i ubrał się jak mógł najstaranniéj i najsmakowniéj. Zwierciadło zapewiło go, że był tak piękny, iż nawet obok Alfonsa mógł się takim wydawać. O godzinie ósmój wyszedł z domu. Rozmowa z Żabickim zatarła się tém wrażeniem póżniejszém. Przybrawszy jak mógł najpoważniejszą i smętną postawę, najwłaściwszą do swéj roli — Zdziś z bijącém sercem wsunął się do salonu... Alfons przyjął go u drzwi.
— Dziś dla wszystkich nie ma mnie w domu, prócz ciebie... drogi przyjacielu... chodź...
Gdy Zdzisław oczy podniósł, spodziewając się ujrzeć przed sobą poważną i niemłodą osobę, zdziwił się nadzwyczajnie, widząc jakby żywy ten piękny portret, który go zachwycał.
Pani Robertowa, która miała tak słusznego syna, zdawała się być jego siostrą, tak zachowała całą świeżość młodości. Nadzwyczajna piękność, która Zdzisława na portrecie uderzyła, nie uległa najmniejszéj zmianie: były to te same oczy wyzywające, te same kształty urocze, taż postać śmiała