Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Niebieskie migdały.djvu/377

Ta strona została skorygowana.

żebyś mi ani śmiał nawet spojrzeć na nią. Inaczéj z rąk profesora wyzwolić jéj niepodobna. A za ciebie on ją wyda...
— To żart — odezwał się Zdzisław — to w żaden sposób być nie może...
— Jakto nie może? a ja... ja wam daję słowo, ja o tém w jakiéjś książce włoskiéj czytałam, że się to przytrafiło... mówiła gorąco pani Robertowa...
Zdzisław rozśmiał się i ruszył ramionami. Godzina pierwsza biła na zegarze; popatrzał na rozognioną twarz kobiety i — zaczął się śmiać do rozpuku...
Pani Robert’owa przybrała minę strapioną i poważną.
— Zdziś! zawołała — śmiejesz się ze mnie, ale ja nie żartuję — ja ci mówię — to musi być. Jakimkolwiek sposobem, ja ją dla Alfa mieć muszę. Alf umrze z rozpaczy, a ja go nie przeżyję. Ta śmieszna dziewczyna wykraść się nie da, panna Röttler powiada, że to niepodobieństwo... nie ma sposobu innego...
Zdzisław śmiał się ciągle, przystąpił do pani Robert’owéj, pocałował ją w rękę i nie słuchając już więcéj, wybiegł do swojego pokoju, drzwi zatrzaskując za sobą. Tu padł na kanapkę, śmiech go opuścił, twarz spoważniała, zadumał się głęboko — ręce opadły, czoło się zmarszczyło. W sąsiedniéj salce słychać było chodzącą szybkiemi kro-