Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Niebieskie migdały.djvu/471

Ta strona została skorygowana.

W tém Porowski wszedł w białéj kamizelce z owemi guzikami, które się nie bardzo trzymać chciały. Były to odwieczne gałkowate szklane guzy oprawne w bronz, w kształcie sporych wisieniek, któreśmy niegdyś wszyscy nosili. Miał frak granatowy, rękawiczki po raz trzeci chlebem i gummą elastyczną czyszczone i cylinder wysoki bardzo z wązkiemi brzeżkami. Dobrze zachowane buty zdradzały metrykę dawną. Kapitan wyglądał dziwnie, czuł to i było mu smutno...
Wyjechali tedy do Mangoldów... Jakie tam uczucia zajmowały serce Zdzisia, nie wiemy; czy onby sam z nich wytłómaczyć się potrafił. Czynił sobie wymówki, że kochać nie umiał, że się popsuł, że czystéj miłości już doznać nie mógł...
Żal mu było tych chwil szczęśliwych, gdy po księżycu wzdychał... a teraz...? teraz wolał w wygodnéj kozetce z cygarem siedzieć u nóg łagodnéj bogini, co mu się uśmiechała nie drożąc z uśmiechem, i pieściła go tak troskliwie. Godziny płynęły szybko, cóż, kiedy serce bić przestało!...
Wchodząc do salonu, nie zastali jak zwykle nikogo, bo w salonie nigdy nikt nie siedział, tylko przy gościach. Zaszły w nim małe zmiany.
Poprzywożone z Włoch tuzinkowe wyroby alabastrowe, marmury tandetne, mozaiki trywialne zajmowały wydatne miejsca. Było to pospolite, brzydkie, ale wymownie świadczyło o podróży do Włoch.