Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Niebieskie migdały.djvu/487

Ta strona została skorygowana.

średnim, pysznie zbudowana. Tors i ramiona uroczyste!
Róża zarumieniła się mocno (była dosyć chuda) i odpowiedziała tylko surowo:
— Nie bądź...
Profesor nie zważając na to kończył:
— Zaraz wczoraj hrabiego naszego pochwycili, jakby do nich należał... Ale, co mi tam do tego! Złotowłosy chłopak miał być kolegą uniwersyteckim... a piękna pani jego matką... Dzisiaj powracając z plebanii...
— Od Abrahama — dodała profesorowa.
— Z plebanii, ale dajmy na to, żeby i od Abrahama — nie mogę pracując w pocie czoła, odmawiać sobie najmniejszéj przyjemności — chociaż, Abrahama — nego... Wracając więc, zkądkolwiek bądźbym wracał, przechodzę około dworku, gdzie ci państwo mieszkanie zajęli — i — niechcący rzucam okiem...
Osłupiałem...
Wiesz com zobaczył?
— Mówże prędzéj...
— No — zaraz, jest pewny porządek w każdéj mowie — kończył profesor odchrząkując. W środku pokoju stał Zdziś... na mojem oczy go widział... ale jaki? ale z jaką miną!... Powiadam ci — Hamlet...
— Jaki Hamlet?...
— No — nie znasz Hamleta — mniejsza z tém... Stał, wystaw sobie, tragicznie, jedna ręka w ka-