Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Niebieskie migdały.djvu/506

Ta strona została skorygowana.

Herminia podała mu uśmiechając się końce palców, które hrabia ucałował śmiejąc się także, ale jakoś smutnie, i odszedł.
Ledwie się parę kroków oddalił, gdy Alf przysunął się i szybko zajął jego miejsce...
— A! jakżem szczęśliwy! zawołał, choć chwilkę ukradnę... Ten niedobry Zdziś umyślnie mnie do rozpaczy przyprowadza. Mnie się i zbliżyć nie wolno... a pani...
— Nie zdradzaj się pan tym zapałem — ironicznie odezwała się profesorówna — bądź pan wesół i zimny, bardzo proszę.
— Nie potrafię...
— No — to ja odejść będę musiała.
— Pani! litości!! litości...
Piękna Minia pochyliła się na swém krześle, usuwając trochę od Alfa... Znowu wzrokiem pogoniła po sali. Zdziś prowadził żywą z jéj ojcem rozmowę... Z dala ukradkiem, zręcznie, kołując, pani Robert’owa się zbliżała do niéj. Zdawało się, że profesorówna domyśliwszy się tego celu wędrówki jéj po salonie, chciała z razu wstać, czy żeby się zbliżyć do niéj, czy by od niéj uciec... lecz namyśliwszy się, została w miejscu... Wkrótce potém pani Robert’owa przysiadła na krześle, które jéj syn odstąpił, odchodząc nie bardzo chętnie.
— Moja śliczna, moja anielska, moja dobra Miniu — tyś czegoś smutna... odezwała się pani Robert’owa.