Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Niebieskie migdały.djvu/697

Ta strona została skorygowana.

— A tak! szepnął hrabia, wszystko co trzeba zrobię, podpiszę chętnie... Proszę mnie zastąpić — wskazać co mam czynić...
Umilkli wprędce. Sprowadzono prawnika, Zdzisław nie mówiąc słowa popodpisywał co mu kazano.
Wśród téj rekonwalescencyi nad wszelkie spodziewanie przedłużonéj, nadjechał znowu do Wólki Żabicki... Obudziło się w nim dawne do Zdzisia przywiązanie, drugiego dnia był już u niego...
Nie pojmował on po męzku, aby z powodu choroby zbytnio należało oszczędzać człowieka omijać drażliwe przedmioty, wypieszczać go na to, ażeby potém całym ciężarem spadła nań rzeczywistość. Żabicki surowy był dla siebie i dla drugich. Z prawdziwie męzką naturą patrzał zawsze w oczy wypadkom, nazywał rzeczy po nazwisku i przecinał węzły odrazu. Nie podobało mu się to przemilczanie pieszczotliwe, którém otaczano Zdzisława... Za drugą czy trzecią bytnością, widząc go nieco silniejszym, ale zawsze jeszcze milczącym i pochmurnym, Żabicki wprost go zagadnął:
— Panie Zdzisławie, dzięki młodości, uratowałeś życie, trzeba je rozpocząć na nowo i nie pieścić się... Pomyśl wcześnie o sobie...
— Ale ja jeszcze się ruszyć nie mogę, jakże chcesz...?
— Właśnie nim się ruszysz, rozważ zawczasu, co masz czynić. Jesteś wolny, gdyż o rozwód po-