Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Niebieskie migdały.djvu/702

Ta strona została skorygowana.

— Ty wiesz, moje dziecko, że mi się pozbyć ciebie wcale nie pilno — radbym widzieć cię szczęśliwą... rób jak ci się zdaje lepiéj.
Łzy stanęły w oczach wesołego zwykle dziewczęcia, które od pewnego czasu mniéj wszakże daleko było wesołe i trzpiotowate niż dawniéj; rzuciła się ojcu na szyję...
— Zobaczymy, rzekła — któż wie, ja się rozmyślę może, on poczeka... Nie pilno mi wcale, a tak dobrze przy tobie!!
Stary kapitan odszedł zamyślony i smutny; nie żeby mu tak bardzo o Żabickiego chodziło — inną troskę miał na sercu: lękał się od dawna czy córka nie zajęła się kimś, kogoby był sobie wcale nie życzył, choć go kochał — a teraz obawiał się o to więcéj jeszcze, bo pewne oznaki zajęcia gorącego nie uszły jego oka. Stasia do zbytku się zaprzątała Zdzisławem, co się staremu nie podobało... bo po nim nic się już w przyszłości nie spodziewał.
Był to człowiek widocznie złamany, zabity, i gdyby nawet odzyskał dawne siły a zdrowie, z moralnego upadku po tych wstrząśnieniach trudno mu podnieść się było.
Niebezpieczeństwo ustąpiło, ale pomimo młodości Zdzisław odżyć nie mógł. W pierwszych chwilach konwalescencyi nie zajmował się niczem, późniéj próbował coś czytać, niekiedy słuchał rozmów i uśmiechem lub wstrząśnięciem głowy okazywał, że się niemi zajmuje, lecz trudno było z nie-