Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Niebieskie migdały.djvu/706

Ta strona została skorygowana.

Pierwszy raz wyszedłszy z dworku, który się dlań stał nieznośnym, nie wiedział dokąd się udać, zewsząd otaczały go wspomnienia... Nieopodal widać było zabudowania i reszty drzew w Samoborach... Wólka także pełna dlań była pamiątek... Nie miał gdzie się udać, chyba do kapitana, któremu winien téż był największą wdzięczność za nieznużoną jego troskliwość.
Na wozie wysłanym sianem, wpół siedzącego, na pół leżącego, noga za nogą powieziono go do Wólki. Był to cień człowieka... Słabość i tak delikatną cerę jego uczyniła przezroczystą i białą... wszystkie rysy pozaostrzało wychudzenie, oczy tylko większym niż dawniéj ogniem pałały... Lecz z tém odrodzeniem do nowego życia wróciła mu pacholęca fizyonomia, łagodna, pieszczona, uśmiechnięta, marząca — zestarzał twarzą, a odmłodniał jéj wyrazem. Dwie te cechy zdają się z sobą sprzeczne, lecz często się łączą, gdy starość sprowadza spokój i zobojętnienie. Taką obojętność na wszystko zrezygnowaną miał Zdzisław...
Rzadko łzy mu się kręciły w oczach, a uśmiechał się prawie wszystkiemu co słyszał i widział.
I ten dzień wiosenny ze swym oddechem świeżym, z wonią liści, ziemi po deszczu i rosie, kwiatów na łąkach, pączków na krzewach — napawał go jakiemś uczuciem błogiem, wywołującém ów uśmiech spokojny na blade usta... Jechał tak rozglądając się jakby świat widział po raz pierw-