Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Niebieskie migdały.djvu/754

Ta strona została skorygowana.

Towarzystwo jéj miejskie miało pozostać dłużéj w ogródku i udać się na wieczerzę — Stasia szepnęła ojcu, że pragnęłaby jechać do domu. Jedna z kuzynek ofiarowała się towarzyszyć, lecz Stasia uścisnęła ją prosząc, ażeby została i wyśliznęła się niepostrzeżona. Ruch jednak, jaki wstając i przechodząc zrobiła sobą, musiał zwrócić czyjąś uwagę, bo gdy z ojcem wyszła do bramy, szukając powozu, zobaczyła w mroku Zdzisława, który zdawał się tam czekać na nich...
Inny był teraz niż na teatrze... zmienił nie tylko suknię, ale twarz i postać całą... smutny był i pokorny.
— Panie Zdzisławie! — zawołała Stasia wyciągając doń ręce — o mój Boże! co się stało? co się z panem stało?
I łzy jéj mowę przerwały. Kapitanowi zdawało się po namyśle, iż lepiéj może uczyni, nagą a smutną rzeczywistość stawiać od razu przed oczyma córki i nie da już wyobraźni tkać na tém tle marzeń niewczesnych...
— Jedź hrabio z nami — odezwał się — będziemy sami, wieczór spędzimy razem... tyle mamy do mówienia...
Zdzisław się zawahał chwilę.
— Jedź pan — powtórzyła Stasia — proszę...
I ujęła go za rękę...
Powóz właśnie zachodził, siedli więc razem. Przez drogę nie mówili słowa... Na wschody