Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Niebieskie migdały.djvu/778

Ta strona została skorygowana.

Przybyły zdjął powoli kapelusz... z wypełzłéj głowy...
— Marnotrawny syn przybywa! — odezwał się głosem osłabłym z jakimś śmiechem dziwnym — ale nie na ucztę do rodzicielskiego domu... tylko — aby umrzeć na swych śmieciach...
Stasia stała przy nim i wpatrywała się w twarz straszliwie wyniszczoną i zestarzałą.
— Mój Boże! co się z wami działo!... po całym święcie szukaliśmy was...
— Tak — a ja uciekałem od samego siebie, nie mogłem ujść... i oto dopiero teraz...
Kaszel gwałtowny przerwał mu mowę, tak, że się oprzeć musiał na wrotkach, aby nie paść z konwulsyjnych wysiłków... Wincenty i Stasia wzięli go pod ręce... Wprawdzie wyrywać się chciał, przymuszając do śmiechu, lecz w końcu stał się posłusznym...
Zaprowadzono go do domku...
— Czekał na was — rzekła Stasia — tak jak ja... Jam tu gospodarowała... ale na cóż to dziś się wszystko zdało wam, gdy macie znowu Samobory?...
Zdzisław drgnął.
— Jakto? — zawołał — ja? w Samoborach?
— Pan Sebastyan zmarł bez testamentu, szukano was po całym świecie...
— A! w porę mi przychodzi spadek — rozśmiał się gorzko — gdy już wszystko skończone...