Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Niebieskie migdały.djvu/96

Ta strona została skorygowana.

Najniedorzeczniéj plątało się to wszystko, a we śnie zdawało tak naturalném, tak konieczném iż Zdziś niczemu się nie dziwił... Matka błogosławiła mu do ślubu idącemu wśród dwóch narzeczonych, które na siebie gniewnemi ciskały oczyma... Zdziś czuł się szczęśliwym, ale myślał jak życie między nie podzieli. Miał się o to radzić Żabickiego, gdy ten na koniu galopując, umknął przed nim w lasy. Stary profesor w peruce zapewniał go, że wszystko się jak najlepiéj ułoży. I znowu rozpoczynały się tańce weselne... w sali tak długiéj, że nie widać było końca jéj, tańcem szli po wschodach wysoko aż ku wschodzącemu słońcu... Cztery siwe konie darowane przez matkę, czekały tu na Zdzisia... Dwie panie siadły do powozu, on chwytał lejce, ale kapelusz został gdzieś na dole, stoczył się po wschodach w jezioro... Za nim biegnąc Zdziś wpadł w bagno i burza ryczała nad nim...
Gwałtownym ruchem usiłując się dobyć z niego, obudził się i sen uleciał mu z powiek... Ze snem podlatywały marzenia...
Na jawie począł układać przyszłość... Jechał do uniwersytetu... Berlin naówczas był w modzie... Czekało go tam nieochybnie świetne przyjęcie. Postanawiał dom dla młodzieży trzymać otwarty. U niego mieli się schodzić i dysputować o Heglu...
Urządzał nawet dom jak miał wyglądać. Mieszkanie powinno było koniecznie mieć balkon choć jeden... obwieszony dzikiém winem... Sala duża,