Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Noc majowa.djvu/16

Ta strona została uwierzytelniona.

Z poza gałęzi drzew gęsto splecionych, przedarł się nareszcie promyk światła od okien sypialni. Schyliwszy się mógł już dostrzedz na jaśniejszém tle niebios, czarno występujący dwór cały i okna, w których drżał blady blask lampy...
Stanął.
Słowik śpiewał tęskno a niespokojnie, deszcz kropił spadając na liście, kogut zapiał gdzieś w dali i na głos ten, powołujący do czuwania, odpowiedziały inne na wsi i folwarku.
We dworze cicho było — dokoła żadnéj żywéj duszy.
Po wilgotnéj ziemi mógł przychodzeń stąpać nie będąc słyszanym. Zwrócił się w prawo ku oknom oświeconym, które za każdym krokiem, daléj mu we wnętrze sięgnąć dozwalały.
Wzrok jego wytężył się ku nim, uwiązł w nich z potęgą, która zdawała się dosyć silną, by mury przebiła. Z miejsca jednak na którém stał nie wiele więcéj widać było, nad zamglony obraz objęty ramami okien i drgające w nich firanki.
I znowu sił mu nie stało, pochwycił się za piersi jakby go suknia dusiła — głowę dźwignął, odetchnął ciężko. Padający na przychodnia słaby odblask od okien, dawał teraz widzieć lepiéj tę postać zagadkową.