Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Noc majowa.djvu/7

Ta strona została uwierzytelniona.

Niekiedy na starych olchach nagle zaklekotał rozgniewany bocian; słychać było jak trzepotał skrzydłami, gniewając się na wróble, które w jego pańskiém gnieździe swoje małe przytuliska pomieściły bez pozwolenia.
Z drugiéj strony dworu odwieczne drzewa, krzaki gęste bzu, jaśminu, akacyi, podsuwały się prawie pod okna same. Gałęzie ich zwieszały się ku ścianom, tak że z ganku, okrytego bluszczem i winem dzikiém, wprost pod niemi przejść było można w główną ulicę lipową, ogród na wpół przecinającą.
Czuć tu było poszanowanie tego co od wieków miało czas się rozrosnąć, wybujać i jakby jednym dachem zielonym okryć wijące się dołem ścieżki, starannie piaskiem wysypane.
Z téj strony także znaczna część dworu ciemną była tak jak ta, która w podwórze wychodziła. Ze trzech tylko okien otwartych, światło bladą smugą wysuwało się na ogród, gdzieniegdzie posrebrzając liście drzew i zawieszone na nich deszczu kropelki.
Okna te wszystkie jeden duży pokój oświecały. Na stoliku przy ścianie paliła się lampa, przy któréj blasku dostrzedz było można dwa łóżka małżeńskie, usłane i przygotowane do spoczynku.