Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Okruszyny zbiór powiastek rozpraw i obrazków T.2.djvu/95

Ta strona została skorygowana.

nie widzę tego? Przemysławie! znam cię od dzieciństwa; zawsze byłeś taki, zawsze po cudzych karkach drapałeś się do góry.

Przemysław (śmielej).

Mówmy szczerze, ojcze; alboż to zły sposób? karki się nie połamały, a ja jestem w górze.

Albertus.

A Bóg, — a sumienie?

Przemysław.

Nie rozumiem, co to wadzi, żeby Wanda nie była królową... Ależ! cicho! ojcze.

Albertus.

Nie nazywaj mnie ojcem — Przemysławie. Nie takiegom się syna spodziewał.

Przemysław.

To grubo! I za cóż? Cóżem zrobił? Wszak żadnych nie masz dowodów.

Albertus.

To, coś mówił.

Przemysław.

Żartowałem ojcze.

Albertus.

Z ojca? Daj Boże, żeby z twoich siwych włosów i starej poczciwości syn się nie urągał. Ale ty, — ty nie dożyjesz starości i nie będziesz miał syna (odchodzi).

SCENA IV.
Przemysław, — Gwido za drzwiami.

Trafił! To jedno, czego się lękam — śmierci! Przeklęta, przychodzi wśród najpiękniejszego życia, nadziei; spycha z wysoka w grób. Grób — ten czarny koniec życia, — grób — a za grobem.... Dajmy temu pokój, — będę myślał umierając (odchodzi).