Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pan i szewc.djvu/120

Ta strona została uwierzytelniona.

tnia człowieka, choćby była najobojętniejszą, i ptaszęta dla tego są wesołe, że ich bracia, gdy przyjdzie godzina śmierci, lecą gdzieś na nieznane smętarze złożyć kości, by niémi nie smucić swoich. — Szewc tego dnia z czeladką nie gwarzył, i rzadkie tylko słowa z ust wszystkich się wyrywały. Czeladź cicho rozpowiadała urywanym głosem o zgonie nagłym Starościnéj.
Nim trzeci dzień upłynął, pocztarska trąbka rozległa się w podwórzu i z kolasy wysiadł Janek. Marek stał we drzwiach kamienicy właśnie, i bracia spotkali się oko w oko. Pan rzucił wzrok złośliwy na szewca, i rzekł w duszy: — Jest! a niepokój zatruł mu zaraz piérwszą godzinę jego szczęścia, na które czekał tak długo.
Już się Pan Jan Porębski nie taił, że był siostrzeńcem Starościnéj i jéj spadkobiercą; uboczni krewni Starosty którzy ostrzyli zęby na spadek, cofnęli się przerażeni, gdy im pełnomocny P. Jana oznajmił, że cały majątek Starosty zapisany był żonie, a z głowy siostry, dziedziczył po niéj Pan Jan Porębski.
— To się nie obejdzie bez prawa! zawołali.
— Pójdziem do prawa!
— Pójdziem do prawa!
— Zapisy były fałszywe! wołali jedni. — Spadkobierca wyszedł z pod ziemi! mówili drudzy: — Mielibyśmy pójść z próżnemi rękami, przerywali ostatni — to być nie może! lepiéj do ostatka się stracić, niż dać się zagrabić. — Jan więc miał do czynienia zaraz na wstępie z całym tłumem, oblegającym trumnę. Ale tego się nie lękał, jemu straszniejszym daleko był brat, którego jak przypomnienie, jak groźbę w drzwiach kamienicy zobaczył. — Tymczasem Marek śpiewając szył bóty, i wyciągał skóry. —
Pogrzeb Starościnéj odbył się z wielką wspaniałością i