Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pod blachą.djvu/165

Ta strona została skorygowana.

parę komplementów i wobec towarzystwa dała jeden jeszcze dowód, że wcale nie była zazdrosną.
Potrafił się też później i książę Józef zbliżyć do Sylwji, wypytując ją bardzo troskliwie o jej gusta, o upodobania.
— O! mości książę, — odezwała się Sylwja — ja jeszcze jestem w tym wieku szczęśliwym, gdy wszystko jest miłem, a każda rzecz ciekawą.
Tak mało w życiu widziałam, że mi się wszystko miłem i zajmującem wydaje.
— Lubisz pani zabawy, czy ciche w małem kółku spędzane godziny? — badał książę.
Sylwja nie chciała się zdradzać z niczem.
— Mnie się zdaje, — odpowiedziała — że jedno drugie podnosi i czyni przyjemniejszem.
— A więc? — rzekł książę — diversité est votre devise? Czy we wszystkiem?
I bystro zapatrzył się w jej oczy.
— Nie wiem, jak to książę rozumiesz! — odparła Sylwja trochę zmieszana.
— W uczuciach serca, czy także pani potrzebujesz odmiany? — dodał książę.
— Na to pytanie, mości książę, — rzekła, rumieniąc się, wychowanka pani wojskiej po pewnym namyśle — jako bardzo jeszcze niedoświadczona istota mogłabym chyba odpowiedzieć teorją nie ze znajomości serca. Za mało żyłam. Wolałabym zapytać księcia o jego zdanie i radabym wiedzieć jego usposobienie.
Spojrzała w oczy księcia z trochą złośliwości: książę się rozśmiał.
— Ja tak mało o tem wiem, jak pani — odezwał się wesoło. — Różnie się trafia! Sądzę jednak, że siła sentymentu, która nas przywiązuje do osoby, nie w nas leży, ale w niej. Uczucie może być stałem, gdy przedmiot, co je obudza, godzien stałego uczucia.
— I ja — tak sądzę! — cicho szepnęła Sylwja.
Oczy dopełniały tej na sentymentalne manowce zbaczającej rozmowy.