Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Pod blachą.djvu/311

Ta strona została skorygowana.

do stania się bardzo rozsądną i pospolitą kobietą... Jest twoim pomocnikiem!
— Być może, jeśli jest człowiekiem sumiennym i uczciwym, o czem nie wątpię, — rzekł Grabski. — Lecz, pomimo tych morałów, jakie on z sobą przynosi, kochana Sylwjo, sama jego przytomność nie dobrą jest dla ciebie... Jeżeli chcesz być swobodną, wypędźże mnie...
Sylwji łzy z oczów pociekły.
— Miciu! — odezwała się — jaki ty jesteś nielitościwy! Dajże mi czas, jaki się daje choremu, aby wyzdrowiał, rannemu, aby się zagoiły rany! Miciu!
Grabski stał milczący; Sylwja płakała.
— Miciu! — powtórzyła raz jeszcze — ja cię proszę... trochę cierpliwości!
— Radbym z duszy być posłuszny rozkazom twoim, ale ja — odezwał się Grabski — w tej przedłużonej kuracji widzę tylko przeciągającą się chorobę.
Wolno ci czynić, co chcesz, — dodał — mnie sumienie nie pozwala patrzyć obojętnie na to, co mi się zdaje być szkodliwem... Cierpliwość moja byłaby grzechem, nie chcę na to patrzyć, czego pochwalić nie mogę.
Pozwól mi się więc oddalić... Zostawiam cię panią twej woli. Zawołasz mnie, gdy ci będę potrzebny...
Ze spuszczoną głową, nie patrząc na niego, Sylwja dała mu odejść, nie mówiąc nic.
Przywiedziony do rozpaczy prawie, Grabski, natychmiast z dolnego mieszkania zabrawszy co miał, posłał po dorożkę i odjechał do domu.
Nazajutrz położyć się musiał, bo noga przygojona, zaogniła się i nabrzękła.

V.

Nadeszła wiosna, książęcy dwór z Pod blachy wybierał się już na rezydencję letnią do Jabłonny.
Można to było w istocie dworem nazywać, tak po królewsku niemal żył i otaczał się książę Józef.