Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Powieść bez tytułu Cz. 1.djvu/282

Ta strona została uwierzytelniona.

276
WYBÓR PISM J. I. KRASZEWSKIEGO.

néj wdowy — nie mógł wytrzymać, żeby nie przesunąć się przynajmniéj przez Niemiecką ulicę. Przed kamienicą Dawida zwolnił kroku, zatrzymał się, i znajomego dobrze Żydka sklepowego zapytał:
— Jak się tam mają u was?
— Nu! chwalić Boga, zdrowi!
— A Sara?
— Czemu nie ma być zdrowa! Ona tylko tak delikatna jak generalska córka! Tych dni sprawiają jéj wesele.
Staś spojrzał w okna, ale wszystkie były czarne i puste. Serce go odejść nie puszczało, tęsknota ogarniała i niepokój; przypomniał sobie, że widok jego możeby odżywił już trochę przygasłe wspomnienia, i choć z boleścią, oddalić się musiał. Każdy krok od tych okien kosztował go wiele; szedł, wstrzymywał się, powracał, nareszcie co sił biedz począł, ażeby przemódz siebie.
Na Łotoczku zastał Martę w bramie, ciszę na podwórzu i smutek jak u trumny. I tak nigdy tu nie było wesoło, a teraz już myśl śmierci pokryła całunem ten biedny domek wdowi i sierocy.
W pokoiku Karola leżał chłopak na łóżku blady, ale z ognistemi oczyma, z życiem podnieconém i gorączkowém; u nóg jego, zapatrzona w twarz dziecięcia, siedziała nieszczęśliwa matka. W koło Karolka rozrzucone walały się ostatnie dla niego zabawki, ryciny, książki, skrzypeczka, na któréj grać się uczył, papiery, ołówki, wszystko, co tylko serce matki na osłodę chwil jego ostatnich wynaleźć mogło.
Smutny to był i rozdzierający widok.
Dormundowéj łzy zaschły na zczerwieniałych od płaczu powiekach, z pod których śledziła uciekające życie;