Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Powieść bez tytułu Cz. 1.djvu/288

Ta strona została uwierzytelniona.

282
WYBÓR PISM J. I. KRASZEWSKIEGO.

twarzy przeszły w typ idealniejszy. Uśmiech wywołany siłą zjawiał się na jego ustach na chwilę, ale gasł jak te iskry, które tleją w popiele bez węgla, i rozdmuchane błyskają tylko, by zamrzeć. Nigdy wesołość jego nie przybierała już téj cechy niepamiętnego na jutro dziecinnego rozweselenia, które raz wygnane z serca nigdy już nie powraca. Widział życie jak było, pasmem bojów, utrapień, bez nagrody tutaj, śmieszną jakąś maluczką parodyą czegoś większego, przez bardzo miernych odegrywaną aktorów. On i Bazylewicz, obaj poeci w mniemaniu ogółu, byli jak dwa bieguny przeciwne, różnemi istotami. Tamten utył, wyświeżał, rozrósł się na chlebie literackim, ten zsechł i zwiędniał; jednego podtrzymywała duma herkulesowa, drugiego palił wewnętrzny ogień poezyi.
Byli tam obok i inni, nieznajomi nam, najróżniejszych charakterów młodzi ludzie, stanowiący tkaninę różnobarwną a świeżą, mającą służyć za wątek przyszłemu społeczeństwu.
Był świeżo wyzwolony prawnik z wytartemi łokciami, w wyszarzanym mundurku, wybierający się na służbę do stolicy, z któréj miał wrócić późniéj elegantem i znakomitą figurą; młody artysta pełny nadziei Włoch i Rzymu, za kilka miesięcy mający się ożenić, by zgnić na miejscu i talent na fraszki zmarnować; medyk jadący służyć na Kaukazie; inny wesoło wiążący tłomoczek do Astrachania; trzeci co się wybierał pod komendę Dupuytren’a dokazywać cudów na nieszczęśliwych kalekach... a! i wielu, wielu jeszcze... Na pierwszych miejscach honoratiores, siedzieli professorowie; przy nich Hipolit, zawsze wesoły, jakby nie przeczuwał w przyszłości nic gorzkiego; daléj uczniowie ubożsi, zaproszeni jako goście; a na szarym końcu ci, co gos-