Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Przygody pana Marka Hińczy.djvu/101

Ta strona została uwierzytelniona.

dawała blasku. Ubrana była w powiewny negliżyk biały, który jéj śliczną kibić rysował.
Chociaż pilno jéj było do Warszawy, musiała cały ten dzień pozostać w miasteczku, bo posłała do Witowa po nowe bagaże, po pieniądze i czuła téż potrzebę wypoczynku. Od rana do téj godziny wyprawiła już własnoręcznie naskrobanych z dziesięć listów, oznajmujących o straszliwéj przygodzie swojéj.
Gdy Marek wszedł, postąpiła przeciw niemu z lubym uśmieszkiem, okazując jak przybladła, jak była słaba i nieszczęśliwa, jeszcze rozmyślając o wczorajszym strachu.
Potém padła zaraz na kanapkę, a panu Markowi wskazała krzesło; manewrując około chusteczki, pokazała soliter, który miała na paluszku.
— Jaki téż waćpan jesteś niegrzeczny — zawołała cichym, osłabłym głosem — żeby téż dziś do téj pory nie dowiedzieć się o moje zdrowie, nie dać znaku życia, i żebym téż ja sama jeszcze waćpana musiała kazać szukać po całéj mieścinie?
— Pani Starościno dobrodziejko, nieśmiałem: myślałem że pani jeszcze spoczywa; a zresztą byłoby to z méj strony zuchwalstwo.
— Dlaczego?