Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Przygody pana Marka Hińczy.djvu/117

Ta strona została uwierzytelniona.

Cuda opowiadano o martwych kapitałach, które u niego w kufrach leżały. Jak się godzi człowiekowi tego stanu, Trzaska był otyły, okrągły, rumiany, dosyć wesół, ton miał protekcyonalny, pewność siebie wielką. Zresztą niczém się szczególném nie odznaczał, prócz praktycznego zastosowania własnéj maksymy powtarzanéj ciągle: „Póty szlachta cała, póki bogata; jak mieszki nam odgryzą, to nas dyabli wezmą.“
Poczęli tedy obyczajem ówczesnym, od „mnie wielce miłościwy panie bracie dobrodzieju.“
— Wojskiego kochanego do nóżek się ścielę.
— Sędziego najłaskawszego stopy całuję! oto gość! Rara avis.
— Co za szczęście! i t. p.
Jeszcze litania powitań tych nie była dokończoną, gdy Jadzia ojcu zwiastowała, że się proporzec gości porusza. Zdaleka poznano pod ciupasem prowadzonego od promu, ubogiego wprawdzie, acz pięknego imienia pana Górkę, posiadacza maleńkiéj wioszczyny, ale wielkiego talentu. Nigdy on nie jeździł bez hiszpańskiéj gitary, przy któréj towarzyszeniu nader misterném i artem odegrywaniom z floresami, wyśpiewywał pieśni różne: polskie, ruskie, kiepsko-francuzkie, szydersko-niemieckie, żydowskie, cygańskie, (szczególniéj upodobaną hoło-