Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Przygody pana Marka Hińczy.djvu/21

Ta strona została uwierzytelniona.

— A kiedy ja nic nie wiem — rzekł Marek — ino, że wioska się podobno nazywała Zadasie.
— No! no! to już herbu Działosza, jak Boga kocham — zawołał gość — ale jakże u kaduka dali ci się tak zmarnować? hę?
O. gwardyan przyszedł w pomoc nieszczęśliwemu siérocie.
— Rodzice go odumarli w pieluchach, proszę pana Łowczego, opiekun do reszty mienie roztrwonił i dziecko gęsi pasło u sąsiada, co je zlitowawszy się wziął do dworu, gdy nasz kwestarz O. Serafin ujrzawszy niebożątko, i przekonawszy się iż nawet przeżegnać się nie umiało, dziko rosnąc, przybrał je do klasztoru.
— Ja o tym Hińczy słyszałem — mówił szlachcic — boć to i nazwisko było i herb jeden i przecie pokrewny, choć od stryjecznych stryjeczny, ale zawsze swój. A nawet chłopiec ma w nosie coś naszych rysów i twarz będzie Hińczoska jak wyrośnie. No, proszę, gdyby mi się nie zachciało piechotą po bruku przejść, aby się na wozie nie trząść; gdyby chłopiec nie wylazł się grzać, gdyby on mi języka nie pokazał; gdybym mu ja nad uchem nie huknął: nie wiedziałbym że się Hińcza z Hińczą spotkał i byłby chłopiec kuchtą ad saecula saeculorum,