Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Przygody pana Marka Hińczy.djvu/64

Ta strona została uwierzytelniona.

— Zobaczymy — rzekł Kruk — ja nie przyrzekam nic, i nie odmawiam nic; u mnie moja wolna wola i fantazya wszystkiem. Pan Łowczy mnie znasz.
Stary milczał; czuł że strzała uwięzła: więcéj mu nie było potrzeba.
Trzeciego dnia z wieczora, Marek przyszedł się pożegnać i łez nie uronił. Odbyło się wszystko jak należało. Łowczy zapłakał, zapito kieliszkiem łzy, a nazajutrz rano Marka już nie było w Rogowie.
W téj stronie którędy odjechał, stało dziéwczę z fraucymeru pod płotem i przy oczach czerwonych, biały trzymało fartuszek.






Znając serce Łowczego, łatwo się było domyślić, że zmuszony wychowańca z domu wyprawić, nie uczynił tego bez szczególnéj pilności, aby mu tę drogę nieuchronną ułatwić i jak najbezpieczniejszą uczynić.
Koń, na którym Marek jechał, był przecie ze stajni najlepszy, a kozaczek czyli węgrzynek, bo mu oba te dawano, wedle ubioru jaki przywdział, nazwiska, był najroztropniejszym i najzwinniejszym a najpoczciwszym we dworze chłopakiem.