Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Przygody pana Marka Hińczy.djvu/83

Ta strona została uwierzytelniona.

— Co się tu stało?
A! a! zbójcy! zbójcy nas napadli! — krzyknęła kobiéta — woźnica chciał uciec i koło się złamało; zabrano mi pieniądze i klejnoty, jeden ze sług ranny: ratuj nas pan!
— Ja sam zostałem napadnięty — odparł młodzieniec, zsiadając z konia — alem się bronił: jednego zabiłem.
Ciemność nie dawała nic widzieć, przecież Marek z konia zsiadłszy, gdy się do pięknéj pani przybliżył, zdało mu się że jéj oczy, jak kocie, po nocy nawet świeciły. Chciałby jéj był przyjść w pomoc. Ale jak? Ofiarował się do miasteczka pośpieszyć przodem i powóz od księdza kanonika dostać.
— Ale ja waszmości nie puszczę! posyłajcie sobie kogo chcecie; musisz zostać aby mnie bronić: zbójcy jeszcze raz napaść mogą.
— Wawrek! — zawołał Hińcza — zepnij deresza, pokłoń się kanonikowi odemnie, powiedz co się stało, proś o powóz i konie; ale — dodał misternie usiłując się dowiedzieć kto była ta zagadkowa jéjmość, — dla kogo pani każesz prosić o konie?
— Dla kogo? — niby gniewnie odparła kobiéta, — wszakci to wszystko jedno; dosyć, że nieszczęście i pomocy potrzeba: cóżto znaczą nazwiska i tytuły?