Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Resurrecturi.djvu/168

Ta strona została skorygowana.
III.

Nazajutrz, już z wyjaśnioną nieco twarzą, acz zawsze posępny i wzdychający, przybył zrana pan marszałek wprost do pokoju Cecylji, która zdawała się czekać na niego, wiedząc, że walka będzie nieunikniona.
Zaczął się najprzód uskarżać na potargane nerwy, na ból głowy, noc spędzoną bezsennie i czułe serce, które mu nie dozwalało nigdy nic po męsku przyjąć obojętnie. Nastąpiły potem oświadczenia miłości dla rodziny i gotowości do poświęceń dla niej.
— Jestem waszym opiekunem z prawa, droga kuzynko; lecz gdyby mi się nawet ono nie należało, narzuciłbym się wam, wiedząc, jak jesteście osamotnieni, osieroceni i jak wielkie na mnie ciężą obowiązki.
Tu westchnął.
— Nie jest to może chwila do nastawania na to, co postanowiłem; ale ja, przy tych wiekuistych nieszczęśliwych moich zajęciach urzędowych, nie mam wyboru godziny. Musimy z sobą pomówić stanowczo. Nie odstępuję od myśli, droga kuzynko, abyś koniecznie przyjęła ofiarę mojego domu, który proszę za własny uważać. Zechcesz się zająć mojemi drogiemi sierotkami, czy nie, to od twej woli i serca zależy, ale niechże mi wolno będzie wyrwać cię z tej ruiny, z tej pustki, do której nie jesteś stworzona. Była to wola i postanowienie naszej drogiej zmarłej.
Cesia słuchała ze spuszczonemi oczyma, nie odzywając się jeszcze ni słowa. Marszałek więc mówił dalej:
— Ze wszystkich względów dla kochanej kuzynki dom mój będzie stosowny. Znajdziesz w nim towarzystwo, do jakiego nawykłaś na większym świecie, a co do mnie, proszę mi wierzyć, że będę najszczęśliwszy, spełniając we wszystkiem jej wolę.
Czarne, załzawione oczy podniosły się nareszcie, spokojne, jasne, pomimo łez, i utkwiły w mówiącym.