Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Resurrecturi.djvu/34

Ta strona została skorygowana.

Średniego wieku, pięknej postawy, twarzy arystokratycznej, rysów drobnych i kształtnych, nieco łysy, nieznajomy miał wyraz jakiś znudzony i melancholiczny. Ubrany bardzo wykwintnie po podróżnemu, trzymał w ręku chusteczkę białą i kapelusz panama. Chód powolny, zręczny bardzo, wszystkie ruchy, mina cechowały wielkiego pana, nawykłego niczemu się nie dziwić, niczem nie niecierpliwić zbytnio i z angielską flegmą chodzić po świecie.
Skinąwszy zlekka głową panu pisarzowi, który skłonił mu się zamaszysto i rubasznie, nieznajomy zwolna, jakby miejsca sobie gdzieś szukając, przeszedł salkę wzdłuż, zawrócił się, zajrzał do małego pokoiku, chwilę postał w progu i zapewne nie dojrzawszy Drapackiego, spuścił się po schodkach, spodziewając się sam tu pozostać. Szlachcic zadumany, zaskoczony nagle przez przybysza, rzucił się na kanapie, mrucząc, a gość chciał już wycofać się, przepraszając, gdy pan Marek uznał za właściwe odezwać się:
— Proszę waćpana dobrodzieja. Jeśli mu tu dogodniej, to pomieścimy się oba.
Przybyły popatrzył, zawahał się, skłonił i po namyśle, ponieważ dwa były stoliczki, równie brudnemi serwetkami nakryte, przy najbliższym zajął krzesło. Zdawał się miejskim zwyczajem szukać spisu potraw, którego tu nigdy nie było, i zastukał na kelnera. Wnet Moryc impetycznie się stawił.
— Możesz mi dać herbatę i jakie pieczyste?
Skłonił się posługujący i wybiegł, a Drapacki, dobywszy zegarka, mruknął:
— Jeżeli waćpanu dobrodziejowi tak każą czekać na pieczyste, jak mnie na kotlety... no, to i do północy potrwać może.
Gość się uśmiechnął i głosem bardzo mile brzmiącym odpowiedział:
— O, mnie nie pilno — nocuję tutaj.