Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Resurrecturi.djvu/76

Ta strona została skorygowana.

ligencji. W tej twarzy idealna piękność, majestat jakiś łączył się z nadmiarem energji i potęgi.
Czarne, duże, błyszczące oczy patrzyły w świat śmiało, jakby go wyzywały; czoło gładkie, szerokie wznosiło się nad niemi jak świątynia marmurowa. Z pod kapelusika zewsząd wyrywały się niepohamowane ciemnych włosów warkocze. W ustach wyraz był nieokreślony, dziwny, mniej uśmiechu, niż czułości i wdzięku. Brak im było do wesołości kroju tego, którym natura obdarza wargi bezmyślnych bachantek... uśmiech zjawiać się musiał na nich rzadko i spadał na nie chyba z jasnego czoła. Całość twarzy promieniała wdziękiem nieco surowym, lecz zwycięskim, takim, któremu oprzeć się niepodobna.
Strój był wytworny, smakowny, a prosty. Zawahała się chwilę, lecz widząc, że o konie próżnoby prosić było, wolnym krokiem skierowała się ku karczmie. Tu usłużny Żydek świeżo opróżnioną izbę jej otworzył. Podróżna weszła i drzwi się za nią zamknęły zaledwie, gdy hrabia, wybiegłszy od poczthaltera, wpadł na próg.
Kobieta jeszcze stała w pośrodku izby, rozpatrując się po niej, gdy usłyszawszy otwierające się drzwi, odwróciła głowę i ujrzała hrabiego. Twarz jej nagle zbladła. Mimo wysilenia, widać było drżenie przebiegające całą jej postać — stanęła wryta. Hrabia nie śmiał kroku uczynić dalej. Blady był także... usta poruszały się, a mówić nie mógł.
Kobieta miała czas odzyskać przytomność. Powiodła ręką po czole, spojrzała dumnie i zimno i odezwała się do starej swojej towarzyszki.
— Proszę cię, moja pani Szymonowa, nie odchodź od bryczki, żeby co nie zginęło... ja zaraz wrócę.
Stara sługa, posłuszna, nie podniósłszy oczu nawet, obojętnie, jak obca, mruknęła coś i wyszła. Hrabia kilka kroków żywo poszedł naprzód i ręce załamał.
— Panno Cecyljo! — zawołał głosem drżącym — proszę mnie posłuchać.