Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Trapezologjon.djvu/91

Ta strona została skorygowana.

psucie, gdy tyle ich omija świętych, prostych i każdemu dostępnych.
Tak dumałem naprzeciw okna, myśląc już kazać konie zaprzęgać, gdy pani podkomorzyna podała mi rękę do herbaty już w drugim pokoju dla nas nalanej, około której ze skromną a figlarną minką stała pod czarny fartuszek ręce założywszy gosposia podkomorzego.
Poszliśmy wszyscy, nawet Nieklaszewicz któremu najtrudniej było ręce od stolika oderwać, bo był prawie wrósł weń, a twarz jego dziwnie wywrócona i rozpłomieniona dowodziła, że nie był nieczułym słuchaczem ciekawych spowiedzi, które pan Henryk tak żarliwie wywoływał.
Milczeliśmy dosyć długo mięszając herbatę w filiżankach niegdyś herbowych, a dziś pootłukanych i wytartych tak, że na niektórych tylko pawi ogon i część dewizy familijnej dostrzegać się dawały. Godło to niesłychanie zagadkowe składało się z jednego tylko wyrazu który tłumaczyła zapewne jakaś legenda średniowieczna... Z kolei zbierając litery po wszystkich filiżankach, wyczytałem:

NUNQUAM.

Słudzy to wykładali jakem się później dowiedział, Niuńka i stosowali do podkomorzego który władzę i majątek skutkiem niuńkowstwa swego abdykować musiał.
— Wiesz waćpau dobrodziej, rzekł stary fanfaron po chwili z pod oka poglądając na Henryka... to prawdziwy cud te gadające stoliki... gdybym nie widział, nie słyszał i nie znudził się, tobym na honor, ma foi nie uwierzył.
— Ale jakże się można było znudzić? zapytał Henryk oburzony.
— Najprostszym sposobem! Co mnie obchodzi proszę cię, jakiś tam chronolog, niedowarzony poeta, który jednę tylko odę pamiętną wyśpiewał, jakaś tam jejmość, jakiś żebrak i poroniony artysta...