Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Tułacze tom I.djvu/116

Ta strona została uwierzytelniona.
114

stą okolicę.. Karol odwrócił się, nie wstrzymując konia, obejrzał nic nie widząc i westchnął.
— Gdzieindziéj, rzekł — tak, może chciałem w inną stronę, ale Bóg nas gdzie każe poprowadzi. Co się ma stać z Jego woli, to się stanie.. Co mi tam.. bylem na chorągiew swoją i braci mógł trafić! pierwszy lepszy wskaże nam gdzie jéj szukać. — Powiedz mi lepiéj czy daleko jeszcze do dnia.. długo nas jeszcze ta ciemność oślepiać będzie?,
Stach wiejskie dziecko, przywykłe zegara dnia i nocy szukać na niebie, po gwiazdach i zorzach szukać godziny, popatrzał w niebo o ile chmury i las dozwalały.
— E! chyba jeszcze do dnia daleko! zawołał: o północy ledwie, konie okrutnie zhasane.. Drugie kury jeszcze nie piały...
Tych słów domawiał gdy konie się nagle żachnęły i głos zabrzmiał nad uchem.
— Stój! kto jedzie? Hasło?
— Hasło! hasła nie mamy, zawołał Karol z wybuchem radości. — Hasło! na co mi hasło! hasłem Polska i Marya!
— Zkądże jesteście? z jakiego oddziału?
— Z żadnego jeszcze... ale jutro będę na-