Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Tułacze tom I.djvu/117

Ta strona została uwierzytelniona.
115

leżał do waszego, jeżeli wy należycie do konfederacyi, rzekł Karol. Jadę się zaciągnąć. Prowadźcie mnie do obozu.
Niewidzialna ręka w ciemności schwyciła konia u pyska...
— Zobaczemy! odezwał się głos, za mną! do obozu.
— Nie rękaż to Boża mnie prowadzi? wykrzyknął Karol! z coraz rosnącym zapałem.
Przewodnik nie nie odpowiedział, szedł spiesznie, konia z jeźdzcem wiodąc za sobą.
Niecierpliwe chłopie próżno mu zadawało pytanie, niewidzialny ów żołnierz milczał lub pomrukiwał coś niezrozumiale.
Chwilami zdawało się że idąc kończył jakąś rozpoczętą wprzódy modlitwę.
Wszystko to cudem świeciło dla Karola. — O mój Boże! powtarzał, wiedź mnie jakoś począł na chwałę twoją i Polski.
Stach trochę więcéj strwożony, niespokojny, jechał za panem milczący.
Gdy się na pagórek nieco wdrapali, a jaśniejsze niebo ukazało, przewodnik malował się na nim barczysty, szerokich ramion, zbrojny, z czapką, po któréj poznać było można konfede-