Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Tułacze tom I.djvu/132

Ta strona została uwierzytelniona.
130

— I ja przysięgam, że go nie opuszczę! zawołał Karol.
Wymawiał te wyrazy, gdy się szmér zrobił u wnijścia, pułkownik wstał niespokojny i parę kroków podszedł naprzód.
— Pewnie to Samocha powraca... rzekł — ale co przynosi! Jeździł rozpatrywać się w okolicy... Od strony Krakowa włóczą się oddziały moskiewskie, a mnie właśnie chciałoby się do Tyńca...
W blasku ogniska ukazała się postać nowa, człek zdyszany, a mimo chłodu nocnego ocierający pot z czoła.
Był to w istocie spodziewany Samocha, stary szlachcic, sługa a towarzysz nieoddzielny pułkownika Skiby, prawa jego ręka, choć dwóch ludzi mniéj do siebie podobnych, znaleść było trudno. Stary pułkownik wyglądał na powstałego z grobu krzyżowca, Samocha zaś miał sobie właściwą postać oryginalną i fizyognomią, którą nie łatwo było do czego porównać.
Człeczyna był mały, krępy, przysadzisty, do siedzenia w siodle stworzony, a oduczony od chodzenia po ziemi. Mimo małego wzrostu, kości znać miał grube, ręce żylaste i silne, łeb turzy,