Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Tułacze tom I.djvu/143

Ta strona została uwierzytelniona.
141

Pułkownik nie przypuszczał, żeby to być mogła ułożona zasadzka, unikając daremnego krwi przelewu i o wątpliwe nie chcąc się kusić zwycięztwo, wolał wycofać się w inną drogę na prawo, sądząc, że tam wolne znajdzie przejście.
Oddział szedł cicho, moskale zaufani w sile placówek nawet nie mieli, alarmu nie dano, niedosłyszawszy ciągnących.
Wnet na rozkaz półkownika zwrócono w bok choć ciasną i niewygodną w dwa konie przerzynając się dróżyną, na wypadek walki niebezpieczną, gdyby nieprzyjaciel choć jedno działo miał z sobą.
Był to rodzaj wąwozu wśród zarośli a w nim błoto zgęstniałe.. ale próbować musiano drogi, aby ludzi oszczędzić. Szli przez pół godziny i przednia szpica znów stanęła. Po za wąwozem w lesie na polance, były ognie moskiewskie i obóz.
— Niema wątpliwości żeśmy zdradzeni i otoczeni! zawołał Samocha.. Tego tu wczoraj nie było, znać po szarakach że ledwie co nadciągnęli, znużeni.. Teraz, wola Boża..
Skiba niezmarszczony, z wypogodzoném czołem namyślał się. Chodziło tylko w istocie o wy-