Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Tułacze tom I.djvu/154

Ta strona została uwierzytelniona.
152

z lekka falami zbóż kołysał, a kłosy kwitnące wonią miodową przepełniały powietrze. Nad tą biedną Polską równiną — zawsze smętną jak pobojowisko, zasianą krzyżami czarnemi po rozdrożach jak cmentarz... zachodziło słońce ciepłe... jakby nie nasze, pożyczone gdzieś z gorętszego nieba.
W gaju sosnowym, który gdzieniegdzie maiła brzoza a podszywała leszczyna, nad małą drożyną wiejską, stała chata leśniczego, nędzna lepianka stara, na pół w ziemię zapadła; dach na niéj mchem obrosły, ogródek ledwie obrzucony płotem, ubóstwo sięgające nędzy. Bogactwo jéj stanowił las, zieleń, cisza w koło, swoboda pustyni.
Z po za drzew w dali na skraju, jak sięgało oko, widać było górę, a na niéj mury i wysoką wieżycę.
Była to Jasna Góra, a twierdza ta... zwała się Częstochową... Słynne imie, wielkie imie... gdzie Bóg zwyciężał niegdyś.
Przez okno otwarte chaty, wprost wyjrzawszy, wzrok padał na tę latarnią, jakby strażniczą u brzegu morza.
Na widok jéj kłoniły się głowy pielgrzymów,