Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Tułacze tom I.djvu/159

Ta strona została uwierzytelniona.
157

ce pokryły, znać krwi w nich płynęło więcéj, niż strzymać mogły, bo wzbierały węzłami na skroni i wychudłych policzkach. Resztę twarzy jakby umyślnie kryły siwe włosy obfite, potargany wąs i broda.
Szedł nie patrząc, nagle się sparł na kiju, stanął przeciw drzwi chaty i podniósł głowę i oczy. Przez otwarte drzwi widać było Skibę odmawiającego różaniec, leżących kupkę żołnierzy, a daléj w oknie twarz zadumaną młodzieńca. Żebrak czytał w tym obrazie i nie wchodząc do ubogiéj chaty, naprzeciw niéj zsunął się na ziemię pod starą sosną... Na kolanach oparł ręce, na dłoniach położył czoło, spuścił głowę, modlił się czy płakał...
Ludzie postrzegli go a ubogi leśniczy poszedł z bochenka chleba czerstwego odkroić kromkę, bo niemógł przepuścić ubogiego mimo chaty, aby z nim niepodzielił się choć okruchem daru Bożego. — Dar to był.. suchy, spleśniały, gorzki, ale ostatkiem łamał się biedny, pokornie go przyniósł ubogiemu, cicho położył przed nim.
Żebrak podniósł głowę i wziął chléb.
— Niech Bóg zapłaci — szepnął cicho, jam nie głodny, ale dar to Boży..