Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Tułacze tom I.djvu/189

Ta strona została uwierzytelniona.
187

nym i zręcznym. Oczy miał niebieskie jasne, czoło wysokie, podgolone, a na twarzy ten spryt ukraińca, co się kryje pod dobrodusznością wesołą.
— Co bat’ku każecie?
— Naprzód milczeć jak ryba, a spełnić, co powiem.. pod utratą łba.. Do stajni bez latarni.. iść, konia mego, swego i Rogowskiego okulbaczyć, tak żeby nikt o tém nie wiedział.. w troki dam węzełek.. za godzinę powinno być wszystko gotowe.. ty jedziesz ze mną..
— Słucham..
— Za godzinę, gdy ludzie się pośpią — wyprowadzisz konie, słomą im obwiązawszy kopyta.
Posłuszne kozacze nie śmiało pytać o więcéj.
— Konie choć po ciemku, obmacać dobrze, podkowy, siodła, popręgi, aby nic nie brakło... Radzimiński da klucz od furtki, zwanéj wycieczką, konie tam za nią czekać mają —
— Idź i spraw się..
Kozaczek popatrzył żywemi oczyma, jakby chiał z pana piersi prawdę wyjeść, zawrócił się i poszedł na palcach..
Ale od drzwi jeszcze spytał.
— Na ile dni koszul, ojcze?