Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Tułacze tom I.djvu/204

Ta strona została uwierzytelniona.
202

Była w tém jakaś mistyczna siła... niepojęta. Źli i dobrzy, często nawet najgorsi kochali przecież ten kraj; każdy prawie w sakwie podróżnéj niósł garść ziemi rodzinnéj, a w duszy tęsknotę po niéj — przecież każdy tchórzliwie siebie ocalał tylko, bo siebie kochał najwięcéj. —
Począwszy od króla, który śnił o abdykacyi i chciał jako dyletant umierać pod włoskiém niebem, spokojnie — sprzedawszy kraj za cukierek — począwszy od tego nieszczęśliwego króla, marzącego o Włoszech, a mającego skończyć życie nad Newą, włóczony za tryumfalnym wozem zwyciężcy, uciekali lub pragnęli uciec wszyscy od grożącego kataklyzmu.
Stary życia porządek runął, zwichnęły się osie jego, nowego stworzyć nikt nie miał mocy, na to się składają wieki.
Ostatnie dnie dogorywającéj konfederacyi były także włóczęgą: z Turcyi na Waradyn, szedł Krasiński do Węgier, gonił go zwaśniony z nim Potocki, kłócono się w Preszowie za radziwiłłowskim stołem, pijąc Tokay i przeklinając zdrajców; potém wygnana jeneralność biegła do Cieszyna i Białéj, potem jękami tylko znaczyła drogę wygnania z Braunau, Augsburga, Lindawy.