Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Tułacze tom II.djvu/122

Ta strona została uwierzytelniona.
122

stoją zawsze na potrzebę, dosiądziemy ich i dostaniemy się do niego.
W istocie około chaty a raczéj budy leśniczéj, do któréj doszli manowcami, w szałasie z gałęzi, u żłobu z płótna na żerdziach spartego, stały konie z siodłami, adjutant ruszył przodem ścieżyną wskazując drogę wcale nie wygodną, miejscami ledwie znaczną, pozawalaną kłodami, porzniętą brodami i strumykami bez mostków... Niema to jak owe lasy Polesia, gdy się skryć potrzeba... jedni tylko poleszucy wytropić tu potrafią, obcy się zbłąkać musi i strach go ogarnie. Lasy to jeszcze dziewicze, gdzie Pan Bóg gospodarzy, a ludzie mu psują.
Wkrótce z za pni wyniosłych drzew ukazała się zieleniejąca już łączka, a na niéj tabor ludzi i koni, całe góry worów i kotłów, beczułek i koszów, sprzętu wszelkiego i zapasów.
Były to owe tajemne magazyny Kopcia, który sam pośród nich się uwijał, obliczając, ile żołnierz udźwignąć może bez zbytniego obciążenia. W kubłach potaszowych wysuszone chleby tłuczono i pakowano w wory, rozdzielano sól, przelewano gorzałkę, ładowano regimentowe bryki