Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Tułacze tom II.djvu/199

Ta strona została uwierzytelniona.
199

Wieczór był późny, gdy o kuli, o kiju, w sukni odartéj, zszarzanéj, upadły na duchu, wszedł powoli Karol na próg wdowiego domu...
Dwór sam był do niepoznania zmieniony i fantazyą właściciela, który go chciał upiękniać i ruiną, co go w pustkę obróciła,
Ta mięszanina jakiejś niesmacznéj wytworności, która czasu nie miała się rozpostrzeć, i opustoszenia, co się tak szybko czuć daje na dziele ręki ludzkiéj — uderzała boleśnie.
Jeszcze nieskończono restauracyi i złoceń, sztukateryi i tynkowanych kolumn, a już z pod opadłych gipsów, skelety żeber... wyglądały...
Wdowa zajmowała część ledwie dworu, którego połowa pokojów jeszcze rusztowań nierozebranych pełna i na pół pozrywanych posadzek stała z pozamykanemi okiennicami, nie palona, nie mieszkalna... Kupy gruzu, kawały drzewa stosy słomy... porastała pleśń wilgotna...
Z tłumu sług nadto licznego, został stary kredencerz zgarbiony, i dwie niedołężne kobiety.
Ubogo, więcéj niż ubogo, nędznie było w Skale, a Abraham wzdychając, szeptał na ucho, że i tu jeszcze długi spokojnie zasnąć nie dawały. Pan Starosta do końca życia pełnięc sumiennie zada-