Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Tułacze tom II.djvu/204

Ta strona została uwierzytelniona.
204

ten sam ćwiek, na którym niegdyś szabla przy łóżku półkownika wisiała. Ludzie się do mogił pokładli, zardzewiały kawałek żelaza tkwił na swojém miejscu w ścianie...


Po kilku tygodniach wypoczynku, Karol nieco odżył Skałą — Było to teraz schronienie ciche, smętne, ubogie, ale dla niego jedyne może, co duszę leczyło siłą zaczerpniętą w przeszłości...
Los Ewy i jéj syna, którym się teraz czuł istotnie potrzebnym, przywiązywał go też do życia.
Dziecię było nad wiek swój roztropne, pełne gorączkowéj ciekawości do nauki, dojrzewające jakby owoc na słońcu, co jeszcze nie doszedł miary, a już się rumieni i złoci.
Z twarzy był podobnym do matki, ale podobieństwo nie rysy stanowiły, raczéj wyraz jakiś niepochwycony, ust i oczów...
A matka! — owo dziewcze anielskie, jakże okrutnie, przedwcześnie zwarzona była i zwiędła. — Zawiedzona w sercu, stęskniona, wylękła, biedna kobieta umiała teraz tylko modlić się i płakać — Pozostał jéj jeden Bóg w niebie, a na ziemi nikt prócz dorastającego Tadzia, któ-