Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 1.djvu/13

Ta strona została uwierzytelniona.
I.
GOMÓŁKA I GROSZ JALMUŻNY.

Chłodnym rankiem jesiennym, Kraków spoczywał jeszcze we mgłach, które nad nim zawisły jak szara wielka opona, gdy młody podróżny zbliżał się ku niemu gościńcem od Rusi wiodącym. Już ukazały się wieże białe i czarne dachy nastrzępione kominami, chorągiewki i gotyckie facjatki kamienic, już dolatywał uszu dźwięk rozkołysanych dzwonów, rozmaitemi głosy wołających na modlitwę, już zaczynało blade i zimne słońce wrześniowe wybijać się z za chmur i tumanów, gdy ciężkie westchnienie wyrwało się z piersi jego, rzucił kij i sakwę podróżną, a sam usiadł, a raczej ze znużenia czy trwogi, padł na ziemię. Oczy jego zwróciły się na miasto, stanęły nieruchome, zaszły łzami, potem spuściły ku ziemi i smutnie pokryły powieką.
I kto wie co w tej chwili działo się w duszy, drgało w sercu? to pewna, że nie jedna myśl ciężka przeleciała przez głowę, nie jedno uczucie zatrzęsło piersią. — I jemuż to płakać? jemuż myśleć tak głęboko.