Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 1.djvu/64

Ta strona została uwierzytelniona.

straganu rydwanem do kamienicy własnej wjechać? Może sto, a może więcej! Ja mojej Jagnie zbieram posag, a wiecie com uzbierała? E! to i mówić nie warto!
— Ja zbieram mojej duszy zemstę, a wiecie com zebrała? — dodała Janowa z uśmiechem.
— Kto go wie?
Janowa poszła w kącik, otworzyła kufer, z kufra wyjęła szkatułkę, w szkatułce wysunęła potajemnik i pokazała stosik złota zdumionej Marcinowej.
— Patrzcie! dalipan więcej odemnie i prędzej! No! to jejmość rodziłaś się na przekupkę.
— O! nie, moja Marcinowa — zawołała druga załamując ręce — o! nie... ale Bóg mi dał taki los... i robię co muszę.
Pani Marcinowa daleka od zazdrości, życzyła tylko na dal szczęścia sąsiadce, a jednak parę razy mimowolnie westchnęła myśląc, że więcej może zemsta, brzydkie, nie chrześcjańskie uczucie, zemsta i próżność, niż przywiązanie macierzyńskie i miłość.
Ale porzućmy dzieje żywota dwóch przekupek, a wróćmy do pięknego jesiennego poranku, który nad Krakowem płaszcz bladych słonecznych światłości roztaczał.
Na rynku (a było jeszcze wcześnie) ruch był wielki pomiędzy stragany. Każda gospodynia skupywała co jej było na dzień do domu potrzeba... Słychać było i łajania i targi, i powitania mieszczek, i śpiewy dziadów pod kościołem i stukanie rydwanów po bruku nierównym.
Pani Marcinowa wychyliwszy głowę za stragana,