Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 2.djvu/47

Ta strona została uwierzytelniona.

Magister maca się gdzie wczoraj oberwał szturchańca.
— Ot i dzionek, wstawajcie, a do kościoła.
— Otóż to życie nasze! jak świt do kościoła, a wyspać się nie ma kiedy, żeby człowiek nie litował się nad księdzem, to by go dawno porzucił. To mówiąc organista ziewnął i począł wdziewać czarny łatany kubrak, który w nocy służył mu za kołdrę, a we dnie za suknię.
W plebanji palił się już ogień na kominie kuchennym, płonęła świeczka w lichtarzu w księżej izdebce, proboszcz czytał brewiarz, skuliwszy się od chłodu na łóżku, Maciek spał jeszcze.
W tem głos wielkiego dzwonu rozległ się powoli wzywając na pacierze. We wsi coraz gęściej zabłysły światła i dobrze już na dzień wybierać się poczęło, bielało wschodnie niebo, biegały na zachód ściśnięte obłoki.
Jak tylko rozwidniało, ksiądz poszedł do kościoła, z nieukontentowanym organistą, który się za gębę trzymał, stękając na ciężki ból zębów.
— Cóż ci to takiego? pytał proboszcz.
— Nie wiem co mi takiego. — Inflamacja.
— Zbytnie użycie trunku.
— To są potwarze, Reverendissime, potwarze Magdy długojęzycznej. Ale ja cierpię niewinnie i cieszę się z prześladowania, przyjdzie czas że wszystko wyjdzie jak oliwa na wierzch.
Proboszcz nic nie odpowiedział, zbliżali się do zakrystji i wchodzili do kościoła.
Miło było zajrzeć do niego. Stary ten i opuszczony dawniej budynek, teraz jaśniał świeżością, i piękny był nie bogatemi ozdoby, ale starannem utrzymaniem i nie-