Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 2.djvu/95

Ta strona została uwierzytelniona.

to drugiego zaczepiał, wałęsał się, kręcił, aż doszedłszy do końca izby, znikł.
Przenieśmy się teraz do izby, w której podkomorzy chodzi wielkiemi kroki oczekując powrotu Egida. Nie rozpakowane tłómoki zawalają podłogę, łoże żelazne niepokryte jeszcze pawilonem, w kącie stoi stół z kamienną płytą na wierzchu u okna, na nim świeca woskowa w lichtarzu ciężkim srebrnym.
Pan Mikołaj chodzi kroki wielkiemi i stając co chwila, przysłuchując się odbijającym w sklepionym korytarzu odgłosom kroków. Nareszcie zaszelpotało u drzwi, weszła niewiasta, podkomorzy pospieszył ku niej, skinął na Jakóba idącego za nią, aby pozostał na straży za drzwiami, a sam poprowadził Koryckę, ona to bowiem była, aż ku oknu. Na twarzy jego widna niespokojność, pomięszanie.
Korycka, stara już, zgarbiona, ale jeszcze rzeźwa niewiasta, kiedyś może piękną była, ale siedem dziesiątków lat najpiękniejsze uiszczą twarze.
Z dawnej piękności nos tylko pozostał kształtny, wąziułki, prosty i oczy nie ze wszystkiem zgasłe; ale zęby powypadały, usta się skrzywiły, plecy zgięły, włosy siwe, ręce drżące, pierś wyschła. Na niej czarne odzienie, czarna na głowie obsłona, korale na szyi, na chudych palcach u rąk pierścienie ołowiane, mosiężne, rogowe, a między niemi złote z kosztownemi kamieniami. Korycka spogląda śmiało w oczy i pod jej wejrzeniem nie jeden się zmięsza, bo zapuszcza w duszę zdaje się wzrok, bo nim dobiera się do tajni, których nikt odkryć by nie chciał. Odważna do zuchwalstwa prawie pewna siebie, wie jak gdzie począć, wie że rzadko kto ustraszyć się nie da.